sobota, 30 kwietnia 2016

Najlepszy lakier hybrydowy jaki miałam do tej pory, a co najlepsze, dostępny stacjonarnie!

Witajcie!
Jak Wam mija sobota? U mnie oczywiście jak u każdej kobiety, wolna sobota opiera się na sprzątaniu i gotowaniu:). Jeszcze na chwilę obecną codziennie gotuję 2 obiady. Jeden dla mnie, drugi dla M. bo troszkę zmieniłam żywienie i mój chłopak nie lubi tych rzeczy które jem. W tak zwanym międzyczasie kręcę dla Was również Daily Vloga, więc jak macie ochotę, to możecie podpatrzeć co dokładnie jem, co zmieniłam i jak to ogólnie wygląda;).
Dziś chciałabym Wam przedstawić lakier hybrydowy, który kupiłam tylko i wyłącznie ze względu na promocję ale wiem, że na pewno będę dokupować kolejne kolory. Mowa o lakierze z firmy Pierre Rene,  która do tej pory kojarzyła mi się tylko i wyłącznie z kosmetykami do makijażu.


Już kiedyś Wam pisałam, że w mojej pracy moje dłonie powinny być moją wizytówką. Co prawda pracę zmieniłam, ale ten fakt pozostał niezmienny:). Nie wyobrażam sobie codziennego malowania paznokci odkąd poznałam hybrydy. Ci co mnie czytają dłużej wiedzą, że ja nienawidzę malować paznokci i chyba się to nigdy nie zmieni! Po prostu nienawidzę czekać aż mi zaschnie lakier i cieszyć się potem ładnymi paznokciami max 4 dni. Nie oszukujmy się, kobiety w domu robią wszystko i o odpryski przy zwykłych lakierach naprawdę nie trudno. Chciałam powiększać swoją hybrydową kolekcję, ale chciałam również poznawać inne firmy niż BlueSky. Nie wiedziałam od czego zacząć, bo nie uśmiechało mi się zamawianie Semilaców przez internet, bo to trochę droga impreza. Oczywiście potem znalazłam je w osiedlowej drogerii, ale nie o tym :D. 


Wybrałam się do Natury na jakiejś promocji i zobaczyłam szafę Pierre Rene z hybrydami. Pomyślałam, czemu nie? W kocu 17 czy 18 zł za hybrydę to wcale nie dużo. Jak pomyślałam tak  zrobiłam. Wybrałam bardzo neutralny kolor, który pasuje do każdej stylizacji. Ogólnie już od dawna byłam zakochana w Semilacu Biscuit i cieszę się, że udało mi się znaleźć jego zamiennik. Jak widzicie opakowanie jest bardzo klasyczne, eleganckie i zawiera naprawdę minimum informacji o czymkolwiek. Mamy tu tylko nazwę firmy, numer odcienia i jego nazwę i informację, że jest to lakier hybrydowy. Powiem Wam, że jedyne co mnie boli to to, że w Naturze jest może 8 odcieni tych lakierów, gdzie na stronie Natury mamy ich naprawdę sporo! Mam nadzieję, że sklep zacznie powoli kompletować wszystkie odcienie, bo stałam się wierną fanką tych lakierów.


Pierwsze co zaskoczyło mnie i Dżołanę, bo to ona mi robi paznokcie, to konsystencja lakieru. Hybryda ma konsystencję zwykłego lakieru do paznokci. Nie jest ani za gęsta, ani za rzadka. W sumie gdybym malowała paznokcie nie świadomie, czyli nie wiedziała jakim lakierem maluję, to nigdy nie powiedziałabym, że to hybryda. Pędzelek jest dość długi, ale wąski. Jak dla mnie idealna opcja do malowania paznokci. I teraz przejdźmy do najważniejszego, a mianowicie trwałości. Dziewczyny jak dla mnie, to jest to produkt idealny. Trzymał mi się bez nawet jednego najmniejszego odprysku na paznokciach 13 dni!! Nie ściągnęłabym go dalej, ale miałam ważne spotkanie w pracy i odrosty do połowy więc musiałam działać :D. Nie mam mu nic do zarzucenia. Niestety nie powiem Wam jak się mają do Semilaca, bo ich nie używam po prostu :) Kolor to piękny, biszkoptowy odcie. Właśnie taki o jakim marzyłam, niezobowiązujący, ale z klasą. A tak prezentuje się na paznokciach.





Powiedzcie czy nie jest piękny?:)
A Wy jakich lakierów hybrydowych używacie?
Znacie ten z Pierre Rene?


piątek, 29 kwietnia 2016

Najgorsze rzęsy, jakie miałam okazję nosić.

Witajcie ;)
Łapka do góry, kto ma długi weekend?:) Ja niestety nie, w poniedziałek idę do pracy, ale sobota i niedziela wolna:) Oczywiście jutro czeka na mnie sprzątanie, a w niedzielę zdjęcia na bloga i rzeczy na studia muszę dokończyć. Dziś ogólnie mam dzień na NIE. Niby jest fajnie, bo w końcu po miesiącu poszłam do pracy normalnie, ale nie udało mi się wszystkiego załatwić tak jakbym chciała. Ważne że nadchodzi weekend i tego się trzymajmy :D.

Dziś przychodzę do Was z recenzją rzęs, które okazały się dla mnie TOTALNYM niewypałem. Niestety tak już jest u mnie zawsze, jak potrzebuję czegoś 'na gwałt' i kupuję bez zastanowienia.


Nie wiem czemu, ale firma Intervion skojarzyła mi się bardziej z optykiem i soczewkami niż rzęsami. Rzęsy postanowiłam kupić którejś pięknej niedzieli, kiedy to od razu po zajęciach poszłam do galerii. Całe wykłady myślałam jakie przygotuje makijaże, jakie filmy nakręcę, ale uświadomiłam sobie, że nie mam rzęs w domu. Wiem, że nieraz mi piszecie pod filmami, że lepiej wyglądam bez nich, ale jakoś czuję się pewnie kiedy nagrywam i je mam. Mam wrażenie, że odciągają one uwagę od moich zasinien pod oczami. Ten konkretny model poleciła mi sprzedawczyni która stwierdziła, że są one naprawdę super. Nie ukrywam, nie wyglądały źle w opakowaniu, a nie zagłębiałam się jakoś za bardzo w fakt, że żyłka jest naprawdę cienka i mogę mieć problemy.


No i w domu się okazało, że nie był to dobry wybór. W sumie zorientowałam się już w momencie, kiedy odklejałam rzęsy od opakowania. Co się stało? A no oderwały mi się dwie już na dzień dobry! Myślałam, że to przez moje gapiostwo i starałam się naprawdę delikatnie je aplikować. Nie można powiedzieć, rzęsy są piękne, mają cudny kształt, ale co z tego, kiedy każda próba naklejenia kończy się tym samym? Owszem, udało mi się je nakleić do 3 filmów, ale w trakcie nagrywania się odkleiły i nie obyło się bez poprawek.


Tak wyglądają rzęsy po jednym użyciu... Serio? Rzęsy z Deni Carte czy z Donegala używałam wielokrotnie, a te? No brak słów. Już mi się do niczego nie przydadzą. Gdybym wiedziała, że to rzęsy jednokrotnego użytku, to nie wydałabym na nie prawie 11 zł. Nie chodzi tu o cenę nawet tylko o fakt,  że znowu zostałam bez rzęs i znowu muszę czegoś szukać.


Klej również nie zachwyca, skoro nie potrafi utrzymać rzęs nawet przez godzinę. Jedyne co w nim jest fajne to to, że szybko znika i nie widać go na rzęsach.

Podsumowując: Rzęsy okazały się największym bublem jaki ostatnio udało mi się kupić.

Znacie rzęsy z tej firmy?
Jakich używacie?

czwartek, 28 kwietnia 2016

Nowości z Rossmanna w akcji - Oczy.

Witajcie;)
Już prawie koniec tygodnia i powoli dobiega końca promocja w Rossmannie. Może nie już, ale kończy się 2.05, wiec jeżeli macie zamiar się w coś zaopatrzyć, to lepiej szybciutko teraz iść zanim jeszcze coś zostało:). Chociaż powiem Wam, że ta promocja jest dla mnie wyjątkowo łaskawa. Znowu dostałam wszystko co chciałam. Bez popychania, pootwieranych kosmetyków, bez tłumu. Ze mną przy szafach może były 4 kobiety? Nie więcej. Takie zakupy to ja lubię robić :). Pewnie sama stałabym dłużej i dalej wybierała, ale byłam z moim M. a on to raczej trudny zawodnik jeżeli chodzi o zakupy;). Koniec końców kupiłam 3 hity i niestety jeden kit, chociaż może nie tyle co kit,co po prostu produkt nie trafiony jeżeli chodzi o kolor. Może się sprawdzi u mojej mamy.
Zapraszam Was serdecznie na prezentację nowości!



Zacznę najpierw od tuszy do rzęs, bo prawdę mówiąc na nie najbardziej polowałam na promocji. Wiadomo, nie na Lovely za 10 zł, tylko na L'oreal, który kosztował 60zł. Tak jak wspomniałam Wam we wcześniejszej notce, w której przygotowywałam sobie spis rzeczy, które chcę kupić, że 60 zł za tusz jest dla mnie ceną abstrakcyjną i niestety nie stać mnie na takie rzeczy biorąc pod uwagę fakt, że taki tusz denkuję w przeciągu miesiąca. Zdecydowałam się na tą klasyczną wersję, bo mimo tego, że chciałam wypróbować jakiś tusz z L'oreal, to nie przeczytałam opinii o żadnym:). Jakie wrażenie? Hmmm... przyznam, że średnie. Na pewno więcej będziecie mogły zobaczyć w GRWM, które właśnie zamierzam przygotować jak napiszę notkę. Lovely kupiłam dla mamy. Wiem, że ma problem z doborem fajnego tuszu, a wiele z Was mi go chwaliło, więc mam nadzieję, że się sprawdzi:). Jeżeli chodzi o szczoteczkę, to wydaje mi się, że ma nawet lepszą od Million Lashes. Poczekamy, zobaczymy :).







LOVELY pump up. Cena regularna: 10,99 zł, po obniżce: 5,61 zł
LOREA'L Volume Million Lashes. Cena regularna: 60,99 zł, po obniżce: 31,11 zł

 Kolejną rzeczą, którą chciałam zakupić był eyeliner kolorowy. Chciałam kupić 2 niebieskie, jaśniejszy i ciemniejszy, ale przypomniałam sobie, że przecież jaśniejszy mam w domu! Wybrałam piękny, kobaltowy, matowy, zeswatchowałam w domu na ręce i wielkie zdziwienie, bo produkt nie chciał zejść:) Nie dało się go zmyć niestety niczym:). Nie wiem jak się zachowuje na oku, ale uwielbiam takie trwałe produkty;). Mam tylko nadzieję, że nie jest wodoodporny, bo lubię trwałe, ale nie odporne na wodę :). Do takich używa się dwufazówek, a nawet chyba jej w domu nie mam:).



No i ostatnia rzecz, która mi się nie udała jest kredka do brwi. Produkt sam w sobie nie jest zły, do tego posiada super-hiper odlotową szczotkę do wyczesywania nadmiaru produktu z brwi, ale totalnie nie trafiłam z kolorem! Wymalowałam nim brwi i wyglądały na rude, co naprawdę prezentowało się dość słabo. Niestety nic nie zrobię. Jakoś nie chciało mi się iść po dodatkowy kolor. Najwyżej dam ją mamie, może akurat jej kolor podpasuje.



I tak wyglądały moje zakupy;)
Dajcie znać, czy macie jakiś produkt. Jeżeli jesteście ciekawi co chciałam pierwotnie kupić, to odsyłam Was do tej notki:)

środa, 27 kwietnia 2016

Dlaczego jak coś się u kogoś sprawdziło, to u mnie raczej nie zadziałało?

Cześć!
Zaliczyłam wczoraj promocje w Rossmanie i nie ukrywam, że bardzo się cieszę. Niestety nie kupiłam wszystkiego o czym myślałam i trafiłam na jeden bubelek, ale wydaje mi się, że i tak nie jest źle. Oczywiście projektu żadnego na studia nie wykonałam:D. Po południu czekała na mnie paczka, więc szykujcie się na testy! Co prawda współpracowałam kiedyś z tą firmą, ale z tego co widzę to mają zmienioną szatę graficzną produktów i ogólnie dostałam inne rzeczy do testów. Wszystko wyjdzie w praktyce;)

Dziś przychodzę do Was z produktem, który robi naprawdę furorę wśród blogerek, a niestety u mnie się totalnie nie sprawdził, nie jestem z niego zadowolona i na pewno już więcej go nie kupię. 
Serdecznie zapraszam na notkę o kredce do ust z firmy Golden Rose.


Uwierzcie, że gdybym chciała zrobić listę wszystkich rzeczy, które kupiłam pod wpływem bloga czy YT, byłaby ona bardzo długa i podejrzewam, że Wy macie tak samo. W sumie nawet ostatnio myślałam o zrobieniu TAG'u na blogu, który kiedyś był dość znany na YT, ale bardziej zagranicznym niż polskim, a mianowicie 'Youtube made me buy it'. Oczywiście przełożyłabym to na blogerską sferę. Teraz jak to czytam i myślę nad tym, to chyba będzie dobry pomysł. Ok, do rzeczy:D. 
Właśnie kredka matowa z GR była jedną z tych rzeczy, którą kupiłam pod wpływem wieeeelu wpisów na blogu. ogólnie mam naprawdę spory problem ze znalezieniem idealnej pomadki dla mnie. Byłam zakochana w Essence nudziakach-wycofali, znalazłam kiedyś fajną z Avonu-wycofali ją. Ogólnie nie mam szczęścia do pomadek. Pomyślałam, że skoro nie mam szczęścia do pomadek, to może spróbuję z kredkami? Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Oczywiście od razu pojawił się kolejny problem, czyli jaki numer wybrać żeby mi pasowała. W internecie znalazłam naprawdę mnóstwo swatchy tych kredek, ale przyznam, że raczej rzadko się tym sugeruję... Niestety, wielką wadą blogerek ( w tym również moją ) jest to, że wystarczy ciutkę 'przedobrzyć' przy obróbce zdjęć i już nie ukazujemy rzeczywistego koloru szminki/pomadki/podkładu etc.


Tak jak wspomniałam nauczona doświadczeniem życiowym postanowiłam iść do drogerii i sama sobie zeswatchować. Powiem Wam, że miała tam miejsce dość ciekawa sytuacja o której Wam opowiem, chociaż ma ona mały związek z kredką, ale idealnie obrazuje nasze podejście do innych ludzi, które jest uzależnione od ich wyglądu. Drogeria X jest jedną z drogerii w moim mieście, która posiada produkty firm, których nigdzie indziej u nas nie znajdziecie. Znalazłam ją totalnie przypadkowo i do tej pory lubiłam tam chodzić. Jeżeli chodzi o doradzenie w jakiejkolwiek kwestii, cóż... pozostawia wiele do życzenia. Nie przeszkadzało mi to, bo ja jak idę coś kupić, to zazwyczaj wiem co i po co, ale jeżeli ktoś potrzebuje porady, to tam jej nie znajdzie. W połowie marca byłam tam z mamą, bo miała urodziny i tata prosił żeby sobie wybrała jakiś prezent. Tu zaczyna się 'klu' sprawy. Akurat będąc z mamą byłam wymalowana, ogólnie wyglądałam naprawdę spoko. Pani była dla mnie niesamowicie miła. Pokazywała co chciałyśmy, swatchowała i UWAGA, powiedziała mi nawet komplement. Za jakiś czas poszłam sama i wyglądałam jak taka torba:D. Nie maluję się na codzień, więc postawiłam tylko na krem BB i delikatne usta. Pani potraktowała mnie jak menela spod sklepu. Nic mi nie chciała doradzić, nic nie chciała pokazać, a swatcha robiła już z taką łaską, jakbym jej kazała w kopalni pracować. Zapytałam, czy może orientuje się, która pomadka jest podobna do tej z MAC'A divine-divine. Jak nie wiedziała, to mogła mi powiedzieć wprost, że nie wie. A ona do mnie:' O Jezu nie wiem, Ta jest odpowiednikiem czegoś tam czegoś, a ta czegoś tam czegoś'. Taka była jej odpowiedź. Jedno jest pewne- już tam nie wrócę.
 Wybrałam 12, bo wyglądała na naprawdę ładny kolor. Niestety, tylko wyglądała.


Na ręce, czyli na jednym z 3 swatchy które Pani wykonała (nie, nie mogłam tego sama zrobić, bo kredki miała ona za ladą) kolor był bardziej różowy, neonowy, taki jak najbardziej mój. Nie wiem od czego to zależało. Może od światła? Nie wiem, ciężko mi powiedzieć. Przyszłam do domu, pomalowałam się i poszłam do M. zapytać, czy podobają się mu moje usta. On do mnie: "A one są w ogóle wymalowane''? Także teges.. Na ustach pomadka nie ma żadnego koloru jak dla mnie. Jest to moim zdaniem po prostu podbicie naszego naturalnego koloru. Niestety, spodziewałam się innego efektu i troszkę się zawiodłam. Co do trwałości, raczej też nie powala na kolana.. Wydaje mi się, że kolor znika bardzo szybciutko, wręcz ekspresowo. Jedyne za co można ją pochwalić to fakt, że naprawdę sunie po ustach i ma niesamowicie kremową konsystencję. Niestety, więcej jej zalet nie poznałam..

 


Być może inne kolory są ładniejsze i lepiej by się u mnie sprawdziły, ale ja raczej nie zaryzykuję. Przeszkadza mi w niej też fakt, że nie jest wysuwana tylko trzeba ją strugać. Jak dla mnie, produkt troszkę przereklamowany. Teraz czaję się na płynne pomadki i mam nadzieję, że mnie nie zawiodą :)

Macie pomadki z GR?
Może testowałyście inne kolory?

wtorek, 26 kwietnia 2016

Nowości z Rossmanna. Co zakupiłam i jak się to ma do listy, którą udało mi się stworzyć przed promocją? Duuużo zdjęć :D

Witajcie:)
Ale miałam wczoraj zakręcony dzień! Niby udało mi się PRAWIE wszystko załatwić, ale aż mnie głowa z nerwów rozbolała! Jeszcze jak śledzicie mnie na FB [klik] to pewnie wiecie, że miałam brutalną pobudkę o 8.00 rano, bo mój kochany sąsiad zaczął wiercić i nie dało się spać. No normalnie zakręcony poniedziałek jak nie wiem co! Dziś mam zamiar się wziąć za jakieś projekty na studia i mam nadzieję, że się z tym wszystkim wyrobię! Dobrze, że semestr kończy się tak szybko w tym roku...

Dziś przychodzę do Was z mini-zakupami, które poczyniłam w tygodniu pierwszym na promocji w Rossmannie. Może na początku Wam powiem jak się to wszystko odbywało. Na zakupy wybrałam się w środę koło 11.00 o ile dobrze pamiętam . Nie chciałam iść na 9.00, bo troszkę bym się krępowała stojąc pod jeszcze zamkniętym Rossmannem. O dziwo, zdenerwowała mnie tylko jedna Pani, która jak stanęła przed podkładami z Maybelline, to chyba stała z 10 min. Żeby jeszcze sprawdzała kolory, porównywała, czytała składy, to spoko. Ale nie, ona po prostu stała i się gapiła. Czaiłam się na te rzeczy [klik], a udało mi się z tej listy zakupić jedynie 25% :D. W sumie, myślałam nawet, że ani tego nie dostanę, ale w pewnym momencie podeszłam do miłej Pani, która wyciągnęła mi pozostałe produkty z szuflady. Nowiusieńkie, niemacane, zabezpieczone i jestem jej mega wdzięczna!! <3


Tak, dokładnie tak. Kupiłam 3 rozświetlacze. Wiecie co jest najlepsze? Że uświadomiłam to sobie dopiero po wyjściu z drogerii. Po prostu dostałam takiego małpiego rozumu jak Pani otworzyła przede mną calusieńką pełną szufladę, że nie myślałam racjonalnie tylko brałam to co upolowałam. 
Zapraszam Was na prezentację kosmetyków z bliska.



Zakup tego podkładu był dla mnie rzeczą niezbędną. Używam go chyba od października i na chwilę obecną nie wyobrażam sobie, że będę używać innego. Zazwyczaj kupuję go na promocji (Natura, Rossmann) i jak chodziłam do pracy, to taka jedna tubeczka wystarczała mi na miesiąc. Podkład ma bardzo lejącą konsystencję i niestety może nam brudzić gąbki dość mocno. Uważam, że jest to jego jedna jedyna wada. Oprócz tego nakłada się wspaniale, stapia się z naszą skórą baaaardzo szybko, nie roluje się, nie warzy. Jeżeli chcecie więcej o nim przeczytać, odsyłam Was tej notki.
Kupiłam go za: 14,28 zł.






No i osławione rozświetlacze z Lovely. Kupiłam ten złoty, chociaż ja tak naprawdę źle się czuję w takim kolorze. Wydaje mi się, że jest dla mnie za ciepły. Ogólnie większość kosmetyków staram się dobierać w chłodnym odcieniu. Zresztą włosy też mam chłodny blond. Nie wiem, zawsze mi się wydawało, że ciepłe tony do mnie totalnie  nie pasują. Nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło:). Rozświetlacz pójdzie do mamusi, bo nie było jej w Rossmannie jak trwała promocja, a że lubi się malować, to jej chętnie oddam. Ona ma o wiele cieplejszą tonację, więc produkt będzie jak znalazł.
Zapłaciłam: 4,74 zł/szt





Kolejny rozświetlacz, który polecało mi naprawdę wiele z Was i który znalazł się na liście rzeczy, które chciałam kupić na promocji. Wiecie co mnie w nim zaskoczyło? Że nie potrafię określić czy jest on utrzymany w ciepłej, czy chłodnej tonacji. Teraz jak patrzę na te swatche to wydaje mi się, że wibo jest połączeniem Lovely gold+silver. Niestety dla mnie jest jednak jeszcze troszkę za bardzo złoty. Zobaczymy jak się sprawdzi przy jakimś makijażu. Na razie daję mu szansę.
Zapłaciłam za niego: 5,10 zł

Podsumowując: Szukałam jakiegoś korektora- nie znalazłam. Chciała Bourjois- nie ma szafy. Koniec końców jestem bardzo zadowolona z zakupów i co najważniejsze, za wszystko zapłaciłam 28,86 zł, gdzie tyle kosztuje sam podkład bez promocji!! Jeżeli chcecie wiedzieć ile zapłaciłabym, gdybym chciała kupić te produkty, które miałam na myśli i czego nie udało mi się dostać, odsyłam Was do specjalnego wpisu na ten temat. [klik]

A jak wyglądają u Was zakupy?
Co kupiłyście?

PS. Napisałam na początku, że mam zamiar się dziś uczyć i robić projekty tak? Niestety... uświadomiłam sobie, że dziś zaczyna się promocja na produkty do oczu! Pewnie poluję teraz między półkami, a jeżeli chcecie poczytać na co poluję, zapraszam Was do  tej notki.

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Małe, różowe, niesamowicie przyjemne i niezbędne każdej kobiecie. Co to?:)

Dzień dobry!
Poniedziałek?:) Kto nie lubi, przyznawać się! Jak dla mnie jest to dzień jak co dzień. Lubię go szczególnie wtedy, kiedy jest on po weekendzie zjazdowym i mam świadomość, że mam jakieś 2 tyg. spokoju od uczelni. Właśnie dzisiejszy poniedziałek należy jak najbardziej do tych lubianych. Byłam wczoraj na uczelni, zresztą w sobotę też i już mam za sobą pierwszy egzamin. Pierwszy w tej sesji, ogólnie nie wiem który :). Na szczęście wszystko poszło i dobrze i w niedzielę miałam sporo czasu, żeby zaplanować notki. Mam wszystko przygotowane do 15 maja także możecie być pewni, że mnie nie zabraknie:)

Dziś przychodzę do Was z recenzją maluszka, którego dostałam w ramach współpracy z firmą Deni Carte. Prawda jest taka, że jajeczka przyszły dwa, ale moja mamusia jak je zobaczyła, to się zakochała w nich tak jak ja i musiałam jej jedno oddać. No nie miałabym sumienia :). Zresztą, ja i tak używam jednego i nauczona doświadczeniem i testowaniem większej wersji [klik] wiem, że akcesorium posłuży mi bardzo długo. Jeżeli jesteście ciekawe za co go pokochałam i jak się spisuje w akcji, zapraszam Was na notkę :)


Wygląda tutaj na olbrzyma no nie?:) Ale niech Was nie zwodzi zdjęcie, jest zrobione w zbliżeniu po to, żebyście mogli dokładnie zobaczyć jego strukturę. Gąbki zapakowane były w przezroczyste opakowanie, na którym były umieszczone informacje od producenta. Jak widzicie w zbliżeniu, gąbka jest zbudowana z naprawdę dużej ilości minimalnych dziurek, które idealnie chłoną wodę ( nie podkład!). Szersza podstawa pozwala nam na aplikację podkładu na większych partiach na naszej twarzy (czoło, policzki), natomiast szpic jest idealnie wyprofilowany do nakładania podkładu w takich okolicach jak płatki nosa, czy okolice pod oczami. 


Strasznie ciężko było mi Wam pokazać realne wymiary gąbeczki. Na początku jak otworzyłam paczkę i zobaczyłam takiego maluszka to pomyślałam, że dobrze, że nie mam młodszego rodzeństwa, bo na pewno potraktowali by to jako zabawkę:). Absolutnie nie jest to żadnym minusem! Jak dla mnie jest to wielki plus! Gąbka pozwala na baaaardzo precyzyjną aplikację podkładu/korektora właśnie w tych trudno dostępnych miejscach. Nie oszukujmy się, aplikacja większą gąbką jest szybsza, ale niejednokrotnie obszar np. w okolicach nosa muszę dodatkowo rozcierać palcem, bo widzę, że podkład nie dotarł wszędzie gdzie bym chciała. Tu nie ma takiego problemu. Uważam, że taki duet: Duża+mała gąbka, to idealne zestawienie dla każdej kobiety, która używa podkładu :).


Zrobiłam dla Was porównanie, jak gąbka rośnie pod wpływem wody bo rośnie i to do fajnych rozmiarów! Dalej jednak jest na tyle malutka, żeby spokojnie nią działać tam gdzie to niezbędne. Powiem Wam, że testowałam już 3 jajeczka tego typu. Jedno miałam właśnie z Deni Carte, jedno z Shiny Box'a kiedyś, teraz mam Syis i no czwarte jest to mini. Wiecie co mnie w nim najbardziej zaskoczyło? Tworzywo, z jakiego jest zbudowana. Zazwyczaj w gąbkach z shiny czy Syis, była ta zwarta, dosyć twarda struktura. Tu pojawiają się dziurki, które sprawiają, że jajeczko jest niesamowicie miękkie! Kojarzycie jałową gazę? Właśnie w dotyku z czymś takim mi się kojarzy. Z takim niesamowicie miękkim i przyjemnym dla skóry materiałem. Bałam się na początku, że jak gąbka jest tak miękka, to po kilku użyciach będę musiała się z nią pożegnać. Nic bardziej mylnego! Odkąd dostałam gąbkę używam jej codziennie do aplikacji korektora pod oczy, na blizny i podkładu w okolicach nosa. Nie dzieje się z nią nic! Myję ją po każdym użyciu (przynajmniej staram się nie zapomnieć-tak wiem, wstyd) i gąbka jest dalej w takim stanie jak była. W jednym miejscu została mi mini-mini nie domyta plamka ale wydaje mi się, że to zasługa bardzo płynnego podkładu i ciężkiego korektora z Catrice. Niestety w Rossmannie nie zaopatrzyłam się w żaden inny i muszę go zdenkować :).


Naprawdę nie mam nic do zarzucenia. Jajeczko pomaga w aplikacji korektora, podkładu, nie zostawia smug. Nie ma problemu z jego domyciem (oprócz tej jednej plamki), nie zniekształciło się na chwilę obecną ani nie wyrządziło żadnych szkód. Jeżeli mogłabym Wam tylko doradzić dziewczyny, to tak jak wspomniałam wyżej. Idealnym rozwiązaniem jest nabycie dwóch jajek właśnie w tej mniejszej wersji i większej,bo osobiście nie miałabym czasu na aplikację podkładu tą maciupeńką gąbką, ale odkąd ją mam, nie muszę się obawiać, że w mniejszych partiach mojej twarzy mam coś nie roztarte albo rozpaćkane.


Niestety nie powiem Wam ile kosztuje taki komplet jajeczek, bo jak wspomniałam na początku- dostałam go od firmy. Jeżeli jesteście ciekawi natomiast większą wersją, zapraszam Was [tutaj]. Jak dla mnie nie ma ono konkurentów i jak wspomniałam kilka razy w filmach- było dla mnie najlepsze. Na pewno pojawi się również film z jego użyciem ( i może z gościem:)), ale muszę najpierw wyleczyć oczko :).

A Wy macie ulubione akcesoria do nakładania podkładu?
Może aplikujecie łapkami?
Dajcie znać koniecznie!

niedziela, 24 kwietnia 2016

Tydzień II, czyli oczy. Na co mam ochotę i co wybiorę?:) Mini-lista zakupów kosmetycznych, żeby nie zapomnieć :) cz.2

Witajcie ;)
Pewnie zastanawiacie się, czemu tak wcześnie piszę notkę, o drugim tygodniu promocji w Rossmannie. Z prostej przyczyny. Tych rzeczy jest tak dużo, że sama nie wiem czego chcę i musze to sobie tutaj na spokojnie poukładać:) O ile tydzień pierwszy był dla mnie w miarę prosty, o tyle w drugim, mam problem ze zdecydowaniem się co i jak :). W tym tygodniu mój kufer zyskał aż 3 (!) rozświetlacze i podkład, ale o tym napiszę Wam w kolejnej notce. Niestety, tak jak wspomniałam na Fb i tutaj również, przez jakiś czas nie będą pojawiać się żadne filmy, ze względu na moje oko. Powolutku się goi, ale nie chcę występować przed Wami z opatrunkiem na oku. Dzisiaj na fb [klik] pokazywałam Wam, jak wygląda opatrunek i same przyznacie, że raczej słabo :) Koniec końców nie przedłużam i przechodzę do tematu notki. 

Promocja na produkty do oczu, -49% zaczyna się dokładnie 26.04 i obejmuje takie produkty jak: tusze, kredki do oczu, cienie, eyelinery. Tak samo jak w pierwszym tygodniu (który notabene jeszcze trwa do 25.04 więc się spieszcie!), pokazywałam Wam rzeczy, które chcę przetestować, a nie te, które polecam [klik], tak samo teraz postąpię. Nie chcę Wam czegoś polecać, bo to co się sprawdza u mnie nie znaczy, że sprawdzi się i u Was. Pokażę Wam rzeczy, które od dawna mi chodzą po głowie, ale w regularnej cenie są albo za drogie, albo zawsze mam ważniejsze wydatki. Jeżeli jesteście ciekawi, to zaczynamy!





1. Eveline, Volume Celebrities, tusz do rzęs, Deep Black. Cena aktualna: 16.49zł, po promocji około: 8,41 zł.
Do firmy Eveline mam mieszane uczucia. Nie mogę powiedzieć, że jej nie lubię bo uważam, że tusze do rzęs mają cudne i w sumie sprawdzają się najlepiej na świecie! Dlatego postanowiłam, że na promocji muszę jakiś wypróbować. Nie żebym specjalnie czekała na promocję, bo w cenie regularnej też są tanie, ale skoro już jest promocja, to czemu nie skorzystać?:) Tej konkretnej wersji nie miałam, ale mam nadzieję, że nie zawiedzie mnie tak jak nie zawiodła mnie poprzednia :)
 
2. Manhattan Volcano Xtra Explosive Volume. Cena aktualna: 27.99 zł, po promocji około:14,28 zł.
Wstyd się przyznać, ale nie znam żadnego produktu z Manhattana... Nie znam, albo po prostu nie kojarzę. Tusz przykuł moją uwagę na pewno kolorem, bo jest taki mega krwisty i seksowny :). Nie wiem jak się sprawdza, tak jak piszę, nie mam porównania. W sumie za taką cenę spróbować można :) Napiszcie mi w komentarzach, czy ich tusze są warte uwagi, czy lepiej odpuścić :)
 
3.Lovely Pump up, tusz do rzęs podkręcający. Cena aktualna: 10.99zł, po promocji około: 5,61 zł.
Na promocji, cena powiedziałabym-śmieszna :) Niecałe 6 zł?:) No naprawdę, rzadko spotykane ;) Co najlepsze, pamiętam, że jak zaczynałam przygodę z blogowaniem, to większość z Was chwaliło i polecało, więc czemu ja nie miałabym się przekonać, czy naprawdę jest taki dobry?:) Zazwyczaj większość (wiadomo, że nie wszystkie) polecanych rzeczy przez Was się sprawdza, więc miejmy nadzieję, że i tusz zaliczę do tego grona

4. L'oreal Paris Volume Million Lashes. Cena aktualna: 60,99zł, po promocji około: 31,11 zł.
Szczerze? Jak dla mnie drogo, bardzo drogo. Nawet na promocji. Sorry, ale wydaje mi się, że przeciętnej kobiety nie stać, na wydanie raz w miesiącu 60 zł. za tusz. Mówię przynajmniej ze swojej perspektywy, czyli osoby, która codziennie używa tuszu i schodzi on u niej jak woda. Z drugiej strony słyszałam naprawdę tyle dobrego o nim, że po prostu nie wiem, czy nie zrezygnuję z innych tańszych tuszy/tuszów (?), na poczet jednego, ale droższego. Gorzej jak mi się spodoba i potem będę go chciała kupować co miesiąc w regularnej cenie:D. Najwyżej zęby w parapet i heja do przodu :D.
 
5. L'oreal Paris Make up Star Designer, Superstar Maskara. Cena aktualna: 65,59zł, po promocji około: 33,46 zł. 
I kolejny drogi produkt z L'oreal. No i znowu jak dla mnie cena z kosmosu:D. Wiecie co mnie zadziwiło w tym tuszu bardziej niż cena? Strasznie kosmiczny kształt opakowania i szczoteczki. Nie wiem czy stałby się moim ulubieńcem. Jakoś ciężko mi się przekonać aż do takich 'udoskonaleń'.

Podsumowanie: Na same tusze do rzęs, wydałabym w cenie regularnej 183,04 zł (!!!), gdzie na promocji, cena ta zmniejsza się do  92,87zł. Nie wiem jak dla Was, ale dla mnie to STANOWCZO za dużo. Tak jak pisałam, najprawdopodniej skończy się na osławionym Lovely i Volume Million Lashes, czyli zamknę się w 40 zł. Zresztą po co kupować tusze na zapas? :)





1. Miss sporty studio. Cena aktualna: 8,29 zł, cena po promocji około: 4,23 zł
Kupiłam kiedyś podobne quattro z tej firmy, ale do typowych makijaży smokey. Cienie trzymały się całą noc. byłam z nich zadowolona, więc postanowiłam zakupić również inne odcienie. Kolejnym razem postawiłam na paletkę, która pozwoli mi stworzyć brązowy smokey, czyli delikatniejszą wersję. Wiecie co jest najśmieszniejsze? Że ani razu nie użyłam jej do makijażu oka, tylko maluję nią brwi! Szczególnie tym brązem na samym dole po prawej stronie. Nieraz pytają się mnie dziewczyny, kto i czym mi robi takie ładne brwi, a to nikt inny jak ja produktem za niecałe 5zł na promocji:)!  Może teraz znowu wybiorę jakąś inną wersję do makijażu oka, bo tego cienia do brwi nie zdenkuję chyba ani za 100 lat :D.

2. Lovely Classic Make up kit. Cena aktualna: 18,29 zł, cena po promocji około: 9,33 zł.
Pamiętam bum na tą paletę, nie można jej było nigdzie znaleźć! Mam na myśli Żywiec, w innych miastach nie szukałam :D. Na początku też się na nią napaliłam, ale naczytałam się kilka neutralnych opinii i zrezygnowałam. Kolory są jak najbardziej moje, wszystko mi w niej gra, ale bałam się zaryzykować, skoro nie jest jednak ona aż taka 'wow. Tym razem, na promocji kto wie, czy się nie skuszę i nie wypróbuję :).

3. Miss sporty Studio Color. Cena aktualna: 8,29 zł, cena po promocji około: 4,23 zł
Uwielbiam te pojedyncze cienie! Kiedyś kupiłam przez czysty przypadek, bo szukałam idealnego cienia na studniówkę i naprawdę jestem oczarowana! Pigmentacja powala, trwałość to samo! O wydajności nie wspominam, bo tak jak mówię, potrzebowałam dość dziwnego koloru, którego potem nie miałam gdzie wykorzystać, więc cień mi się przeterminował :D. Zazwyczaj rzadko inwestuję w pojedyncze cienie, bo wolę paletki (wydaje mi się, że nie umiem sama fajnie skomponować palety:)), ale na te cienie na pewno się skuszę. Jak nie  na więcej, to na pewno chociaż na jeden!
 
4. Maybelline Color Tattoo. Cena aktualna: 25,69 zł, cena po promocji około: 13,11 zł.
Ci co śledzą mojego fb to wiedzą, że już ostatnio pytałam Was, jaki kolor brwi pasuje mi do aktualnych włosów. Padły propozycje właśnie cieni Maybelline. W sumie już od dawna słyszałam jakie są fantastyczne, chociaż ja osobiście cienie w kremie nie lubię. Podejrzewam, że jak kupię któryś, to tak jak mówię, wykorzystam go tylko i wyłącznie do brwi. Nie wiem jak z ich konsystencją. Może jak jest w miarę 'miękka', to pokuszę się o jakiś makijaż, ale nie wydaje mi się. :)

Podsumowanie: Za cienie do powiek w cenie regularnej zapłaciłabym 60,56 zł, gdzie po promocji, cena ta wynosi 30,90 zł. Jest to dla mnie cena akceptowalna, którą byłabym w stanie wydać na tego typu produkty. 




1. Wibo Eyeliner Electric Blue. Cena aktualna: 8,29 zł, cena po promocji około: 4,23 .
Idzie lato, więc kolor na powiekach jest jak najbardziej wskazany!:) Która z nas nie lubi kolorowych kresek?:) Przyznam, że ja jestem ich wielką fanką. Czarną też lubię, maluję ją prawie codziennie, ale wiadomo, chciałabym mieć czasem jakąś odskocznie i zaszaleć z kolorem! Czytałam dużo recenzji o nim, ale wstyd się przyznać, nie pamiętam co o nim myślałyście:D. Jeżeli któraś z Was używała, dajcie mi znać koniecznie!  

2. Lovely Turqoiuse. Cena aktualna: 7,99 zł, cena po promocji około: 4,08 zł.
Wiecie co sobie pomyślałam oglądając kosmetyki na stronie Rossmanna? Że przy użyciu tych dwóch eyelinerów, może powstać piękna kreska ombre! Pamiętam, jak w tamtym roku miałam świra na punkcie tych kolorowych kresek. Na dobrą sprawę nie wiem do końca, czy niebieski pasuje do mojej zielonej tęczówki, ale tak się czuję w nim dobrze, że nie zamierzam z niego rezygnować choćby nie wiem co!

3. Rimmel Scandaleyes. Cena aktualna: 28,99 zł, cena po promocji około: 14,79 zł
Tak jak wspomniałam wyżej. Kolory kolorami, ale czarna kreska to u mnie podstawa. Aktualnie używam kałamarza z Deni Carte, ale czuję, że pomału dobija on dna. Chciałam postawić teraz na coś innego, chociaż tamtemu nic nie miałam do zarzucenia. Od dawna mnie zastanawiają te eyelinery. Myślałam o tym w słoiczku, ale raczej to nie moja bajka ;) Wolę chyba jednak eyelinery w klasycznej formie, takiej jak ten.

Podsumowanie: Na eyelinery przed promocją wydałabym 45,27 zł. Po obniżce cena wynosi 22,18 zł. Wydaje mi się, że jak na 3 eyelinery, to cena jest najbardziej przystępna. Jestem również przekonana, że o ile sprawdzą sie, to zdenkuję je do końca. Specjalnie wybrałam na tyle użytkowe kolory, żeby z chęcią je używać.

Nie uwierzycie, ale posta pisałam dwa dni! Dostałam dosłownie 'małpiego rozumu' jak dowiedziałam się, że promocją będą objęte produkty do oczu. Jestem typową sroką. Kupię,a potem nie używam tylko na to patrzę. Postanowiłam podejść do sprawy racjonalnie i wybrałam to, na czym naprawdę mi zależy. Podsumowując, w tym tygodniu powinnam wydać  145,15 zł, ale na pewno tyle nie wydam, bo tak jak pisałam Wam przy tuszach, najprawdopodobniej wybiorę tylko dwa. Ten najdroższy na najtańszy. Cienie i eyelinery chciałabym skompletować wszystkie. Nie pisałam Wam o kredkach do oczu, bo nie używam niestety takich produktów.

Znacie te produkty? 
Na co się skusicie?:)

*Wszystkie zdjęcia oraz ceny pochodzą ze strony  http://www.rossmann.pl/.






 



piątek, 22 kwietnia 2016

Czy warto inwestować w produkty katalogowe?

Witajcie :)
Zaczynacie weekend? :) Ja niestety mam jutro egzamin na uczelni, na który umiem średnio, żeby nie napisać, że nie umiem nic. Wczoraj miałam mały wypadek, w wyniku którego obce ciało uszkodziło moje oko :(. Jest mega spuchnięte, fioletowe i przez jakiś czas nie będę kręcić dla Was filmów przynajmniej do momentu, aż wszystko się zagoi. Bez okulisty się nie obyło. Dziś jeszcze trochę boli, ale mam nadzieję, że będzie tylko lepiej!:)
Dziś przychodzę do Was z recenzją produktu, którego nie kupicie stacjonarnie (chyba, że w punkcie AVON). Produktu, który mnie wyjątkowo zaskoczył. Czy pozytywnie? 


Lubicie produkty z Avonu? Ja przyznam szczerze, że uważam i zresztą zawsze to powtarzam i w filmach i tu na blogu, że Avon jak każda firma- ma hity i kity. Nie ukrywam, że nie jestem pasjonatką zamawiania, nie poluję na każdy katalog i jakoś nie mam parcia na nowości od nich. Produkt trafił do mnie tylko i wyłącznie dlatego, że na Dzień Kobiet w galerii w której pracowałam była organizowana ankieta, ja ją wypełniłam i mnie wylosowali. Upominkiem był ten balsam, krem do rąk i krem do twarzy. Kremu do rąk nie używam- dałam mamie, krem do twarzy też, bo jest on jej ulubieńcem. Zostawiłam sobie balsam z racji tego, że produkty do ciała zużywam masowo. Uwielbiam to uczucie, kiedy po prysznicu balsamuje/olejuję czy masełkuję ciało:). Kiedyś zapominałam o tym nagminnie, teraz mi się to nie zdarza.


Produkt znajduje się w plastikowym opakowaniu z otwarciem typu 'klik'. Szata graficzna jest kolorowa i przyciągająca wzrok. Kształt butelki przypomina mi butelkę na mleko z amerykańskich filmów :). Na opakowaniu znajdują się informacje o nazwie produktu, nazwie firmy, pojemności, składzie i kilka informacji od producenta. Dozownik jest odpowiednio wyprofilowany i wydobywa się z niego tyle produktu, ile chcemy. Nie zacina się.


Szczerze? Na początku nie byłam zadowolona, że wybrali dla mnie serię jogurtową. Nie lubię tych zapachów, źle mi się kojarzą i zazwyczaj, po aplikacji na ciało- śmierdzą po prostu. Pewnie zastanawiacie się, jak można nie lubić jogurtowych zapachów?:) A no normalnie. Pamiętam jak dziś, że jak byłam dzieckiem, to zatrułam się milką jogurtową. Do dzisiaj nie mogę na nią patrzyć i jak ktoś ją przy mnie je, to mam dość! Bałam się, że w tym wypadku będzie podobnie. Nic z tych rzeczy! Zapach bardzo przyjemnie mnie zaskoczył! Jest letni, owocowy, trochę słodki, ale bez przesady. Nie zmienia się w trakcie noszenia go na ciele. Co do intensywności, to po posmarowaniu się nim wieczorem rano już nie czuję nic, ale czego można oczekiwać od produktu za kilka złotych?


Jeżeli chodzi o konsystencję, jest to dla mnie bardziej mus niż balsam. Lekki, łatwo się rozprowadza na ciele. Dosyć szybko się wchłania i nie pozostawia lepkiej warstwy, której osobiście nie cierpię. Nie mogę też narzekać na wydajność, bo nie wielka ilość wystarczy, żebym mogła nasmarować ciało. Tak na dobrą sprawę staram się doszukać wady i jedyny co mi przychodzi do głowy, to średnie nawilżenie. Produkt nie nawilża jakoś mocno, jest to minimalne i raczej krótkotrwałe nawilżenie.


PODSUMOWUJĄC:
Lubię jego zapach, podoba mi się konsystencja i ogólnie produkt nie jest zły. Niestety, moja skóra wymaga większego nawilżenia, więc mimo tego, że go nie skreśliłam, dla swojego ciała potrzebuję bardziej nawilżających produktów.

Znacie produkty z AVONU?
Co najbardziej lubicie?

środa, 20 kwietnia 2016

Efekt syrenki za mniej niż 10 zł, czy to możliwe?:) Notka+ film.

Witajcie ;)
Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym nie zaliczyła dziś Rossmanna. Kupiłam swój ukochany podkład i UWAGA 3 rozświetlacze. Zostawię to bez komentarza:D. W każdym razie będzie co testować, to na pewno! A jak u Was? Przyznam, że byłam coś koło 11 i już większość wyglądała jakby ktoś wkładał tam ręce gdzie nie powinien. Dobrze, że Pani wyciągnęła mi to co mnie interesowało z szuflady. Przynajmniej miałam pewność, że nikt mi tego nie macał!

Dziś przychodzę do Was z postem paznokciowym, który zazwyczaj się rzadko u mnie pojawia. Pewnie zapytacie dlaczego. No z prostej przyczyny. Nie umiem malować paznokci! Po prostu, nie jest to zajęcie dla mnie. Zawsze gdzieś wyjadę, zaleję skórkę i wygląda to  średnie estetycznie. Tym razem starałam się bardzo i chciałam Wam pokazać efekt syrenki na hybrydzie (stąd ten odrost, chociaż hybryda ma dopiero 5 dni!). Mam nadzieję, że udało mi się uchwycić ten efekt, a Wy, jeżeli jesteście ciekawi, gdzie można zakupić ten lakier za mniej niż 10 zł, koniecznie musicie przeczytać dzisiejszy post!:)


Jak się domyślacie, lakier dostałam od firmy Deni Carte. Oprócz niego dostałam szczotkę i gąbeczki, które dopiero będę testować z Wami. Bardzo się ucieszyłam z efektu syrenki bo wiem, że on jest bardzo popularny i modny, a ja nigdy go nie testowałam :). Tak jak mówię, u mnie rytuał paznokci odbywa się w razie wyższej konieczności, czyli raz na 13 dni, kiedy już wypada zmienić hybrydę. Postanowiłam, że pokażę Wam efekt na delikatnym, łososiowym kolorze, chociaż solo również prezentuje się nienagannie.


Lakier znajduje się w okrągłej buteleczce o pojemności 10 ml. W przypadku brokatów, czy właśnie takich efektów pojemność jest naprawdę spora, bo ja zazwyczaj używam jednej warstwy, żeby osiągnąć piękny, mieniący się efekt. Lakiery z Deni Carte mają właśnie to do siebie, że znajdują się w 10 ml. buteleczkach. Pamiętam, jak kiedyś miałam ten lakier w odcieniu niebieskim i do dziś żałuję, że musiałam się z nim pożegnać. Pojemność była dość spora, krył po dwóch warstwach, więc nie udało mi się go zdenkować zanim wysechł. Koniec końców uważam, że lakiery z tej firmy są naprawdę godne uwagi, bo kosztują około 7zł/10 ml.


Wróćmy do syrenki. Jak widzicie, dostałam odcień S1, który jest pierwszy w kolekcji i według producenta opalizuje na kolor złoty. Ja widzę tam w sumie i złoty i srebrny i ogólnie uważam, że jest to fantastyczne połączenie. Kolor kojarzy mi się z taflą ślubną, z kolorem na jakieś większe uroczystości, ale również nie mogę się doczekać jak będzie wyglądała w okresie Bożego Narodzenia na czerwonym lakierze <3. Zawsze te święta będą mi się kojarzyć właśnie z takimi barwami.


Widzicie jak w opakowaniu się pięknie mieni?:) Niesamowitą zaletą tego lakieru jest fakt, że zasycha błyskawicznie! Zanim nałożyłam go na prawą rękę, lewa była już sucha:). Tak jak wspomniałam, mi osobiście efekt podoba się najbardziej po jednej warstwie. Wy możecie go sobie stopniować dodając kolejne. Produkt ma dość lejącą konsystencję, inną od zwykłych lakierów. 


Pędzelek w tym lakierze jest również typowy dla lakierów z Deni Carte. Długi, ale wąski. Bez problemu precyzyjnie rozprowadzimy nim lakier zarówno na krótszej, jak i dłuższej płytce paznokciowej. Jeżeli chodzi o trwałość, to bez żadnej bazy zmywałam go po 4 dniach i jeszcze nie było odprysków. Na hybrydzie noszę go od soboty i też nie zauważyłam ubytków. Tak lakier prezentuje się na paznokciach po jednej warstwie. Wybaczcie, ale ja naprawdę nie umiem malować paznokci :D



Reasumując: jestem bardzo zadowolona z lakieru i z efektu, jaki można uzyskać dzięki niemu. Jeżeli jeszcze nigdy nie testowałyście efektu syrenki to uważam, że za niecałe 7zł każda z Was powinna go wypróbować!


Lakier możecie znaleźć tutaj
Zapraszam Was również na fb Deni Carte, gdzie poszukuję blogerek/vlogerek, które chętnie przetestują lakiery [klik]

Jeżeli chcecie oglądnąć relację z recenzji na YT zapraszam na kanał :)


Podoba Wam się ten efekt?:)