10 pomysłow na prezent dla niej, za mniej niż 50 zł!

10 pomysłow na prezent dla niej, za mniej niż 50 zł!

Witajcie :)
Jako że nadchodzi ostatni weekend przed Świętami i pewnie wiele z Was (w tym ja) nie ma pomysłu na prezent dla najbliższych- przychodzę z pomocą! Temat może dość przewrotny, bo na blogu, którego w dużej mierze czytają kobiety powinny być porady, co kupić 'dla niego'. Mam jednak świadomość, że wcale nie jest łatwo kupić coś dla kobiety szczególnie wtedy, kiedy mamy ograniczony budżet. W dzisiejszym wpisie przygotowałam 10 propozycji na prezent dla niej. Mam nadzieję, że coś przypadnie Wam i obdarowanej do gustu! Zaczynamy!





PALETA DO KONTUROWANIA
Wpis o niej [klik]
Cena: 49,90 zł
Do kupienia: [klik]


GĄBECZKA DO MAKIJAŻU
Wpis o niej: [klik]
Cena: ok. 15 zł
Do kupienia: [klik]


PODKŁAD (Najlepiej podpatrz odcień, żeby nie było problemu:))
Wpis na jego temat: [klik]
Cena: ok. 20 zł
Do kupienia: Rossmann


PALETA CIENI
Cena: ok 40 zł
Do kupienia: [klik]


PERFUMY
Wpis: [klik]
Cena: 50 zł/30 ml
Do kupienia: [klik]


ZESTAW DO MAKIJAŻU
Cena: 48 zł
Do kupienia: [klik]

 ZESTAW DO MAKIJAŻU UST:
Wpis: [klik]
Cena: 26 zl
Do kupienia: Rossmann


KREM DO TWARZY
Wpis o nim: [klik]
Cena: 37 zł
Do kupienia: Rossmann


PEELING DO TWARZY
Wpis: [klik]
Cena: ok. 26 zł
Do kupienia: [klik]


CHOKER
Cena: 49 zł
Do kupienia: [klik]



A Wy? Jakie macie pomysły na prezent?;)
Już jutro propozycje do 100 zł!


Witaminowa moc! | Faberlic Witamini.

Witaminowa moc! | Faberlic Witamini.

Witajcie kochani!
Ale mnie tutaj długo nie było! Prawie tydzień minął! Niestety pochłonęły mnie studia i problemy zdrowotne. Powoli wychodzę na prostą, więc wracam też do Was :).
W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam opowiedzieć o masełku do ciała, które moim zdaniem jest idealnym produktem na jesienne, lub zimowe dni. Jeżeli chcecie bliżej poznać jego właściwości, to zapraszam na post!


Jestem wielką fanką masełek do ciała i wszystkich innych specyfików, którymi mogę się posmarować i pięknie pachnieć. Niestety, nie potrafię być solidna w ich używaniu, więc zazwyczaj kupię coś,posmaruje się kilka razy, odstawię i zapomnę :). Miałam wrażenie, że tym razem będzie tak samo, bo przecież co innego miało by się zmienić. Na szczęście produkt mnie tak urzekł, że zajął honorowe miejsce w łazience i codziennie wieczór towarzyszy mi po wieczornym prysznicu. Za co go pokochałam?:)



Produkt znajduje się w plastikowym słoiczku. Szata graficzna prosta, jak dla mnie bardzo wakacyjna, letnia. Na opakowaniu znajduje się kilka podstawowych informacji o masełku. Jeżeli czytacie mnie dość długo to pewnie wiecie, że właśnie forma słoiczka najbardziej odpowiada mi w tego typu produktach. Opakowanie dodatkowo zabezpieczone zostało sreberkiem, które informuje nas o tym, że nikt przed nami nie grzebał w produkcie. Wierzcie albo i nie, ale wystarczyło tylko odkręcić słoik i nawet bez zrywania sreberka czułam już ten słodki, aczkolwiek lekko kwaśny zapach. Jak dla mnie są to nuty typowo owocowe, nawiązujące do szaty graficznej. Jak na masełko, konsystencja dość lekka, ale nie przeciekająca przez palce. Idealnie nakłada się na ciało i wbrew pozorom i moim początkowym obawom, produkt jest bardzo wydajny. Masełko szybko się wchłania. Na początku pozostawia minimalnie lekki film, ale już po chwili to uczucie znika. Zapach utrzymuje się na ciele, ale niezbyt długo. To niewątpliwie mały minusik tego produktu. Masło dobrze nawilża. Nie uczula mnie, ani nie podrażnia. Uważam, że jest to naprawdę dobry produkt. Utwierdza mnie w tym przekonaniu fakt, że używam go codziennie i już dobijam powoli dna!


Znacie ten produkt?;)
Czego używacie najchętniej do ciała:)?
Subtelniejsze podkreślenie brwi, które utrzymuje się cały dzień. Czy to możliwe za 10 zł? | Freedom Pro Brow Pencil

Subtelniejsze podkreślenie brwi, które utrzymuje się cały dzień. Czy to możliwe za 10 zł? | Freedom Pro Brow Pencil

Witajcie :)
Byliście grzeczni w tym roku?:)
Połowa tygodnia za nami i coraz szybciej zbliżamy się do świąt! My w weekend mamy gości, więc szukanie prezentów przełożyliśmy na przyszłą sobotę :). Oczywiście moja uczelnia nie była by moją uczelnią, gdybym prawie do samych świąt nie miała zajęć;/
Dzisiejszy post przygotowałam specjalnie po to, żeby opowiedzieć Wam o kredce z firmy Freedom, która niesamowicie przypadła mi do gustu. Jeżeli chcecie wiedzieć dlaczego, czytajcie dalej!


Pewnie wiecie po poniedziałkowym wpisie, że mam dość mieszane uczucia co do produktów Freedom. W kolejce na post czeka jeszcze duża paleta do brwi, ale o tym innym razem. Czemu postawiłam na kredki? Bo chciałam subtelniejszego efektu na codzień. Nie oszukujmy się, pomada naprawdę pozwala na mocne wyrysowanie brwi, co czasem z dziennym, delikatnym makijażem mi się gryzło. Miałam już kredki z Wibo i chyba z Lovely, ale wszystkie wpadały albo w za ciepłe tony, albo dawały rudy efekt na moich brwiach. Jako że wtedy robiłam dość spore zamówienie na Minti, pomyślałam, że wrzucę do koszyka również te kredki w dwóch odcieniach. Wybrałam blond i brąz. Miałam też na myśli wypróbowanie koloru na dziewczynach, które maluje. Kredki nie są drogie, bo jedna sztuka kosztuje ok 10 zł ( teraz wypatrzyłam na kosmetykomanii.pl, że kolor Dark Brown dostaniecie za 5,70 zł!).


Kredki przyszły szybko, zresztą podobnie jak reszta produktów. Już na początku zauważyłam jeden problem. Zabezpieczone były one dodatkowo kartonem, na którym znajdował się kolor produktu. Niestety, na samej kredce nie ma napisane jak nazywa się nasz odcień. Jedyne co, to pozostaje ta końcówka, która sugeruje kolor. Niestety, jest ona niezbyt podobna do tego, co znajdziemy w opakowaniu. Mało tego, jak zbliżyłam końcówki blonde i bronze, to nie wiedziałam co jest czym:).
Oczywiście już na drugi dzień zdecydowałam się użyć produktu. Niewątpliwym jej plusem jest kolor. Blond, to naprawde blond. Zimny, jasny i idealny dopasowany do mnie. Nie ciemnieje w ciągu dnia i nie rudzieje, czego nienawidzę. Trwałość tej kredki jest niesamowita! Aplikuję ją koło godziny 8.00 rano i nieraz o 19.00 kredka pozostaje w nienaruszonym stanie na brwiach. Jedyne co, to musicie po aplikacji dobrze ją wyczesać, bo lubi zostawiać grudki na włoskach. Nie straszny jej wiatr, deszcz i śnieg. Nie rozmazuje się wcale. Jedyne do czego się doczepię oprócz tego nieszczęsnego oznaczenia kolorów to to, że kredka jest raczej mało wydajna. Generalnie jedno zatemperowanie jej starcza na jedną aplikację. Troszkę mi to przeszkadza, ale za taką cenę i tak uważam, że Freedom robi naprawdę super produkty do brwi! Serdecznie Wam ją polecam <3.



A Ty czym podkreślasz brwi?:)
Jak pachnie męska wersja perfum Diora? | Christian Dior Homme

Jak pachnie męska wersja perfum Diora? | Christian Dior Homme

Cześć kochani!
Nie uwierzycie kto dziś ze mną jest! Kotlecik mnie odwiedził! Strasznie mi go brakuje!! Nie martwcie się, nie oddałam go w złe ręce:). Jest na razie u moich rodziców i z tego co wiem, niesamowicie mu tam dobrze! Oczywiście nie do końca działa to w obie strony, bo Kotlet to diabeł wcielony, ale wiem, że rodzice wszystko dla niego robią jak najlepiej potrafią:).
W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam opowiedzieć o perfumach Diora, ale tym razem dla Panów. Jeżeli jesteście ciekawi, jak zapach spodobał się M. zapraszam na wpis!


Oczywiście jak zawsze w tego typu wpisach musi być coś tytułem wstępu:). Tutaj nie mogę sobie odpuścić, żeby w kilku słowach nie opowiedzieć Wam, jakie życie ma facet blogerki. Oczywiście odpowiedź jest jedna i prosta. Ciężkie. Rzecz jasna, jak zaczynałam blogowanie (chociaż w sumie nie ma co porównywać, bo wtedy miałam innego faceta i nie mieszkałam z nim :)), w każdym razie. Jak zaczynałam blogowanie, to sprawa zupełnie inaczej wyglądała. Przychodziły paczki rzadko, albo nie przychodziły wcale. Ja nie zachorowałam jeszcze na chorobę pt. 'Jestem chomikiem' i nie gromadziłam wszystkiego, nie kupowałam nowości i nie cierpiałam na zbieractwo maniakalne. 4 lata minęły, blog się niesamowicie rozwinął, a u mnie nie ma tygodnia, żeby nie zawitał kurier lub poczta z czymś nowym dla mnie. Wiecie, gdybyśmy mieszkali w pałacu, w apartamencie, albo chociaż w domu jednorodzinnym, to by było spoko. Miała bym swój kąt, w którym chomikowałabym wszystko. Niestety, mieszkamy w kawalerce i naszej przestrzeni nie da się naciągnąć. Ja rzecz jasna nie zrezygnuję z blogowania, więc rzeczy M. spychane są na dalszy tor, a ściśle mówiąc do piwnicy :). Oczywiście nie mówię o rzeczach pierwszej potrzeby, tylko np. o tych, których używa tak często, że prawie wcale. Np. wędka. Oczywiście spuszczam zasłonę milczenia na fakt, że mam pierdyliard takich kosmetyków, których używam rzadko lub wcale i ciągle je gromadzę. Po co o tym piszę? Ano po to żeby Wam powiedzieć, że zawsze staram się umilić M. te ciągłe 'męki'. Jak tylko mam możliwość w trakcie współpracy wybrać coś dla niego, to zawsze to robię:). Lubię mu sprawiać takie małe przyjemności. Oczywiście postawiłam na propozycję Diora, bo uwielbiam jego perfumy. Czy się zawiodłam?


Nie wiem jak jest u Was, ale u nas perfumy dla M. zawsze wybieram ja. Nie chodzi o to, że uważam, że ma zły gust czy coś, bo przecież jak się spotykaliśmy, to on sam sobie wybierał perfumy i do dziś pamiętam ten zapach ;). Teraz po prostu lubię sama coś wybrać, a on zazwyczaj się ze mną zgadza. Teraz również postawiłam na coś, co mam sprawdzone u siebie już od kilku lat. Jak dla mnie Dior i Klein nie mają sobie równych jeżeli chodzi o zapachy. Pewnie jesteście ciekawi, jak pachnie Homme? Homme pachnie młodym, spokojnym, zdecydowanym i stanowczym mężczyzną. Kojarzy mi się z domatorem, osobą przywiązaną do rodziny, która lubi spędzać czas w gronie najbliższych. Nie jest to zapach dla pracownika korporacji czy karierowicza. Nie pasuje mi on również do nastolatka, czy osoby dojrzałej. Uważam, że trafiłam z zapachem w 100% jeżeli chodzi o cechy charakteru M. Perfumy podobnie jak inne propozycje Diora bardzo długo utrzymują się zarówno na ciele, jak i na ubraniu. Sądzę, że są odpowiednie właśnie na zimniejsze miesiace jak jesień czy zima. Pełnowymiarowy produkt kosztuje ok 260 zł za 100 ml. Nie jest to mało ale uważam, że warto, bo zapach jest naprawdę niesamowicie seksowny!


Czego używa Twój mężczyzna?
Perfum możecie zakupić: tutaj

Konturować na mokro, czy nie konturować? | FREEDOM PRO STROBE CREAM PALLETTE

Konturować na mokro, czy nie konturować? | FREEDOM PRO STROBE CREAM PALLETTE

Cześć kochani!
Długo mnie tutaj nie było, ale to jest zapewne spowodowane tylko jednym faktem, a mianowicie studiami, a ściślej mówiąc magisterką. Na szczęście oddałam w weekend 2 rozdziały, wszystko idzie spoko, także teraz mam cały tydzień na bloga :). Po napisaniu postów zabieram się za odpisywanie na Wasze komentarze! Za ten czas co mnie nie było, zima rozhulała się na całego! Sypie, mrozi ogólnie jest tak, jak lubię najbardziej! Jedyne co mi przeszkadza to fakt, że szybko robi się ciemno i muszę kombinować ze zdjęciami :).
Dziś chciałabym Wam opowiedzieć o palecie, która od jakiegoś czasu jest u mnie. Mam w stosunku do niej mieszane uczucia i na pewno się dziś z nimi podzielę! Jeżeli jesteście ciekawi co mi w niej pasuje, a co troszkę irytuje, zapraszam na dalszą część.


Ci, którzy czytają mnie dość długo zapewne wiedzą, że jestem NIESAMOWITĄ fanką konturowania na mokro. Dlaczego? Uważam to jako swoistą bazę pod konturowanie suchymi produktami. Miałam już naprawdę sporo produktów do mokrego konturowania. Tych z wyższej półki i tych całkowicie drogeryjnych. Przyznam, że do tej pory najlepsze wrażenie wywarło na mnie kółeczko z Kobo, które zdenkowałam praktycznie na amen. Jedyny jego minus był taki, że nie było wyraźnego podziału między kolorami i lubiły się one mieszać. Ale nie o kółeczku dzisiaj! W tym wpisie skupiam się na palecie, w której znajdziecie nie 4, a 6 różnych odcieni!

Firmę Freedom lubię. Kocham ich pomady do brwi i uważam, że są dużo lepsze niż te z ABH. Zresztą powtarzałam to nieraz, więc pewnie o tym wiecie. O ile dobrze pamiętam, paletkę zamawiałam na stronie MINTISHOP. Pierwsze co powiedziałam jak do mnie dotarła, to było: WOW! A konkretniej, Wow, ale ona mała :). Na zdjęciach wyglądała na większą, a tu macie porównanie, że jest wielkości dwóch średnich mandarynek, więc naprawdę szału nie ma:). Opakowanie jest eleganckie, odbija pięknie światło oraz nasze łapki, jeżeli mamy brudne :). Dodatkowo zabezpieczone było kartonem, na którym znajdowała się większość informacji o produkcie. Do paletki dołączony był pędzel. Niestety nie wiem jak się to stało, ale zniknęło mi jego zdjęcie. Możecie zobaczyć go na IG, bo jakiś czas temu go tam wrzuciłam. [klik]. Sam pędzel jest naprawdę ok. Mam podobny z Mac'a i szczerze mówiąc nie różnią się zbytnio jakościowo. No może ten z Mac'a jest troszkę bardziej zbity, ale tym z Freedom równie dobrze nakłada się mokre produkty. Jak widzicie, paletka ma lusterko, co dla takiego krótkowidza jak ja jest rzeczą niezbędną ;). 

Niestety w środku opakowanie nie jest już takie hiper super. Zrobiłam Wam zdjęciu w zbliżeniu, żebyście mogli zobaczyć jak to wygląda. Abstrahując, że te pojemności są tak małe, że jak chcę użyć pędzla dołączonego do zestawu, to muszę go wkładać w poprzek, bo na szerokość się nie zmieści, to jeszcze ten środek niesamowicie mocno i szybko się brudzi! Wiecie, ten środek zbudowany jest z takiego dziwnego plastiku, który ma w sobie takie mini-mini dziurki, w które łatwo wchodzi produkt i nie da się go wymyć. Próbowałam doprowadzić przed zdjęciami paletkę do tanu nienagannego, ale to co widzicie na zdjęciu to wszystko, co udało mi się uzyskać.


Dobra, pora teraz na kilka słów o samym produkcie! Zacznijmy od tego, że zakochałam się w konsystencji! Przyznam, że na początku jest ona dość trudna. Jest kremowa, ale odrobinę oleista, jeżeli wiecie o czym mówię:). Ciężko było się przerzucić z miękkiej, zbitej konsystencji Kobo, na dość oleistą Freedom. Nie przeszkadzało mi to wcale, bo po 3 użyciu przyzwyczaiłam się do tego w pełni. Jednak ma to oczywiście swój minus. Produkt ciężko się aplikuje przy użyciu innego pędzla niż ten, który otrzymałam w zestawie. Wiadomo, że nie nakładałabym tego za pomocą pędzla ze zdjęcia :). Po prostu on mi najlepiej pasował do kompozycji :). Bronzery (?) nazwijmy to tak, bo nie chce ciągle pisać 'produkty' bardzo fajnie blenduje się gąbeczką BB. Tak się nauczyłam, że każdy mokry produkt do konturowania blenduje właśnie Beauty blenderem. Po otwarciu paletki nie wyczuwam żadnego zapachu. Wnioskuję więc, że ów kosmetyk go nie posiada. Wszystko pięknie ładnie, więc myślicie pewnie: w czym tkwi problem? Już mówię.


Niestety w kolorach. Jak dla mnie paletka jest dla osób, które:
a) nie lubią się konturować
b) nie umieją się konturować
c) lubią lekki kontur
Ja nie należę do żadnej z tych grup. Uwielbiam mocne, ostre konturowanie, bo nie oszukujmy się mam dość pyzatą buźkę :). Na dodatek, uważam, że te kolory są trochę od czapy... jedyny z którego korzystałam to ten najciemniejszy, chociaż on i tak jest za jasny.. Uważam, że gdybym mogła zakupić ciemniejszą wersję, to chyba bym się skusiła chociaż nie wiem sama czy na pewno, bo spodziewałam się czegoś innego. 





Używaliście tej paletki?
Co o niej myślicie?
Paleta rozświetlaczy z Wibo, czyli jak to jest mieć zielone policzki?

Paleta rozświetlaczy z Wibo, czyli jak to jest mieć zielone policzki?

Witajcie w połowie tygodnia! 
Nie wiem jak u Was, ale u mnie coraz, coraz zimniej! Czuję w kościach, że na dniach spadnie śnieg i w końcu poczuję zimę! Dziś wpis może pośrednio połączony z zimą, bo dotyczyć będzie rozświetlaczy. Ba! Nie jednego, a sześciu! Jeżeli jesteście ciekawi, czy 6 kolorów za 20 zł może dać czadu, zapraszam na wpis!



Zacznijmy od tego, że mam dość mieszany stosunek do firmy. Trafiłam naprawdę na hity, ale coraz częściej niestety przytrafiały mi się kity, które nijak nie pasowały do moich wymagań. Masakrycznie rozmazująca się szminka, mega kruszący się cień, czy zerowo napigmentowane cienie, to tylko niektóre perełki. Oczywiście te rozświetlacze musiałam mieć, bo były popularne. Tak jest moi Państwo, blogerki często, a prawie zawsze działają pod wpływem emocji. Po prostu musimy mieć coś nowego i już! Nie zastanawiając się nawet, czy będzie nam to do czegoś potrzebne:). Tak było i tym razem, w przypadku tego produktu. Zamówiłam online, na promocji w Rossmannie, a po odebraniu produktu zastanawiałam się: co ja zrobię z tymi kolorkami? Przeca nie pójdę do radia z fioletowym limem na policzku! Oczywiście nie ma rzeczy niemożliwych i paletka poszła w ruch!



Pierwsze standardowo od czego muszę zacząć to opakowanie. Nie czarujmy się, jest piękne! Zabezpieczone dodatkowo było holograficznym kartonem, który wyrzuciłam. Nie wiem jak Wy, ale ja kocham motyw holo! Nawet dzięki mojej kochanej Martusi sprawiłam sobie taki kalendarz, w którym zapisuje Wasze makijaże :). Po otwarciu pierwsze na co zwróciłam uwagę to fakt, że pojemność pojedynczego rozświetlacza jest jak dla mnie naprawdę spora. Wiadomo, że przy takich szalonych kolorach nie nawalimy nie wiadomo ile produktu, więc od razu pomyślałam, że wydajność będzie naprawdę w porządku. Każdy kolor umiejscowiony jest oddzielnie, więc podczas nakładania nie mieszamy ich ze sobą tworząc plamy. Oczywiście w środku kolejny raz mamy holo-trolo jak to mówi Zmalowana :). Kolory jakie znajdziecie to przekrój zielonych, fioletowych, niebieskich i różowych odcieni. Wszystko co chcecie!




Przyznam, że pierwszego kontaktu z rozświetlaczami nie wspominam zbyt dobrze. Pierwsze o czym pomyślałam to fakt, że są one pierońsko zbite, przez co większość produktu zostaje na pędzlu i nie da się go przenieść na twarz. Próbowałam różnymi pędzlami i niestety, bez zmian. Postanowiłam, że spróbuję wykorzystać je do makijażu oczu. Tam to dopiero poniosłam klęskę.. Dramat, masakra i klęłam w duchu, że w ogóle je kupiłam. Rzuciłam na dno szafy i leżały, aż do czasu konkursu, który organizowała marka. Chciałam zainspirować się makijażem, w którym wykorzystane były te rozświetlacze. Sięgnęłam do szafki i... popłynęłam!



Serio, nie wiem co się stało, ale wszystko zmieniło się o 180'! Nakładanie- bajka, pigmentacja- powala! Trwałość? Również nie mam jej nic do zarzucenia! Do makijażu, który pokażę Wam poniżej wykorzystałam 'Precious' i 'star dust'. Nie musicie się obawiać, tak naprawdę rozświetlacza nie robią na Waszej twarzy zielonej plamy, tylko robią delikatną poświatę, która pięknie odbija kolor. Poniżej wklejam Wam, jak prezentuje się na twarzy. Dajcie znać, czy lubicie taki efekt!


Znacie ten produkt?:)
Home, sweet home.

Home, sweet home.

Hej kochani!
Nie wiem jak u Was, ale ja już chce święta. W sumie odliczam już do urlopu, do ubierania choinki, do strojenia domu... Uwielbiam ten czas. Uwielbiam zimę, uwielbiam atmosferę świąt! Kocham, kiedy w całym domu czuć ten nastrój. O tym chcę Ci opowiedzieć w dzisiejszym wpisie. Chcę zdefiniować 'dom' nie jako bryłę z pustaków, ale bardziej jako miejsce, w którym z każdego kąta powinna wychodzić miłość.


Od najmłodszych lat wiedziałam, że w przyszłości chcę stworzyć DOM. Ten przez duże 'D'. Ten, w którym będzie dominować miłość, prawda i uczciwość. Gdzie każdy mieszkaniec będzie wiedział, że gdy wróci po ciężkim dniu z pracy czy ze szkoły, gdy nie będzie miał na nic chęci ani siły, tu znajdzie spokój i ukojenie. Dom oparty na lojalności, zasadach, Taki, w którym motto: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego- będzie święte. Marzyłam o dużym domu. Z kilkoma sypialniami, z wielką garderobą i kątem do nagrywania filmów i przyjmowania klientek. Chciałam mieć duży ogród, pięknego psa, dobrą pracę i pieniądze. Z wiekiem zauważyłam, że powoli zatracam się biegając za idealnym życiem. Że nikt nie ma idealnego życia, ja też nie. Ciągle powtarzam, że to co Wy widzicie na blogu czy Instagramie to jakieś kilka godzin z mojego życia. Wiadomo, że mam problemy. Mam gorsze dni, mam doły, ale mam świadomość tego, że zawsze mam gdzie wrócić. Że mam DOM, a w tym domu ktoś na mnie czeka. Ba! Powiem Wam, że jestem taką szczęściarą, że mam dwa domy!
Jeden, ten rodzinny na wsi, gdzie czekają na mnie rodzice i pies. Gdzie zawsze czeka na mnie coś pysznego, gdzie odpocznę jak nigdzie indziej. Czeka tam też na mnie mój kochany Kotlecik, który wesoło merda ogonem jak mnie widzi i przez kilka godzin nie chce mi dać spokoju. 
Dom ładnie urządzony, zadbany, pełen ciepła. Ciepła, które dostaje od rodziców oraz tego, które możecie uzyskać dzięki produktom ze strony http://www.cels.pl/ocieplanie-piana/
Dzięki temu wiem, że żadna zima mi nie straszna mimo tego, że mieszkamy w górach!
Mam też drugi dom. Mój ( no nie do końca, bo wynajmowane mieszkanie:)). Ten, który budujemy razem z M. Uwierzcie, że nigdy bym nie pomyślała, że tak między nami zagra i że będziemy w stanie się dogadać na codzień. Na szczęście mamy pasje. I wspólne i osobne. Uwielbiamy remontować, dekorować, zmieniać. Wiem, że jak będziemy budować nasz własny dom, to wszystko co będziemy mogli zrobić sami, to zrobimy! Nie straszne nam malowanie, panele, tynkowanie, murowanie itd. 
Fajnie jest mieć swój kąt. Fajnie jest do kogo wracać. Życzę Wam wszystkim takiego domu, gdzie ciepło bije nie tylko to, w dosłownym tego słowa znaczeniu, które osiągnięcie dzięki najnowszym technologiom. Także to ciepło, które uzyskać  można tylko od najbliższych i nie da się go kupić za żadne pieniądze!
Copyright © 2016 zakochana w kolorkach , Blogger